13.01.2009

Jak cało i zdrowo dojść z Francji do Composteli...



...czyli niebezpieczeństwa na pielgrzymim szlaku na podstawie dwunastowiecznego Przewodnika dla pielgrzymów do Composteli1.1



Pielgrzymki do Composteli zaczynają się w IX wieku, a w X wieku kult świętego Jakuba rozprzestrzenia się na sąsiednie kraje – najpierw na Francję (pielgrzymka biskupa Le Puy en Velay – Godescalca 951 r.), a w dalszej perspektywie dociera również do Polski (XIV w.).



Ważnym okresem w historii tych pielgrzymek jest XII w. W 1120 papież Kalikst II oficjalnie uznaje szlak świętego Jakuba, a w kilka lat później zrównuje wartość pielgrzymki do Composteli z pielgrzymkami do Rzymu i Jerozolimy. Czyni to m. in. ze względu na dużą liczbę pielgrzymów, mimo trudnej trasy.

Aimeric Picaud, najprawdopodobniej francuski2 mnich, w XII w. pisze Przewodnik dla pielgrzymów do Composteli. Pisze go częściowo na podstawie własnych doświadczeń (przeszedł trasę hiszpańską dwukrotnie), a częściowo na podstawie zasłyszanych informacji. Większość ówczesnych pielgrzymów wyruszając w trasę (co najmniej 1500 kilometrową) nie wiedziała, co ich tak naprawdę czeka. Wiedzę te zdobywało się po drodze, chyba że ktoś miał możliwość przeczytania, lub poproszenia o przeczytanie mu Przewodnika…Trzeba było to zrobić przed wyruszeniem w trasę, gdyż Przewodnik… z racji wymiarów nie nadawał się do noszenia ze sobą. Aimeric Picaud pisze, że chce się podzielić swoim entuzjazmem i pomóc w dotarciu do grobu świętego Jakuba.

Przewodnik składa się z 13 części. Trzy pierwsze dokładnie wymieniają miejscowości, przez które przechodzi się po drodze. W następnych znajdujemy informacje o hospicjum, niebezpiecznych rzekach i w ostatniej o bazylice w Composteli. Najciekawsza jest chyba część siódma, w której opisane są mijane krainy i ich mieszkańcy. Stąd poznać można mentalność ówczesnych ludzi i ich stosunek do obcych, którzy niezmiennie określani są jako bezwstydni (jedno z tych łagodniejszych określeń).




Niebezpieczeństwa na trasie pielgrzymki można podzielić na dwie grupy: niebezpieczeństwa związane z geografią – ukształtowaniem terenu oraz te związane z ludźmi.


Do pierwszej grupy zaliczyć można dwa przejścia przez góry – Pireneje i Góry Kantabryjskie. Przebywano je w miejscu, gdzie wznoszą się na wysokość 2000 metrów. W oczach ówczesnych pielgrzymów były excellentissimus3. Zważywszy na kiepskie obuwie pielgrzymów wejście na taką wysokość było nie lada wyzwaniem. Ówczesne buty podobne były do sandałów – nie trzymały kostki idącemu. W razie deszczu (zmienność pogody w górach, to kolejne wyzwanie dla idących) pielgrzym owijał się płaszczem – im grubszy tym było bardziej sucho, ale gdy deszcz się skończył, im grubszy tym cięższy.4 Na szczęście na przełęczach często znajdowały się hospicja, w których oprócz noclegu pielgrzym mógł liczyć również na opiekę lekarską5. Najsłynniejsze było hospicjum na przełęczy Roncevaux. W górach dużo łatwiej niż na równinie można było zgubić szlak. Wielkim błogosławieństwem dla pielgrzymów było spotkać w takiej sytuacji pustelnika, który żyjąc w górach często wskazywał drogę. Na wagę tego problemu wskazuje fakt kanonizacji wielu pustelników.


Drugie z geograficznych niebezpieczeństw dotyczyło tylko pielgrzymów idących z Tours przez Bordeaux wzdłuż wybrzeża oceanu. Rozciągała się tam pustynna kraina Landes. Niedługa w kilometrach droga przez tę okolicę zabierała trzy dni. Należało pamiętać o zaopatrzeniu na ten czas, bo mieszkańców było tam niewielu. Dodatkowo gdzieniegdzie można było trafić na ruchome piaski. A jednak drogę tę wybierało sporo pielgrzymów, bo czy można było nie odwiedzić grobu świętego Marcina w Tours, świętego Hilarego w Poitiers, Rolanda i jego towarzyszy?


I wreszcie rzeki – miejsce gdzie pielgrzymi kąpali się i skąd brali ryby. Aimeric Picaud wymienia osiem rzek, a o pięciu z nich pisze, że są zatrute. Uczynni Nawarczycy siedzący na brzegu nie ostrzegają przed tym, tylko przywłaszczają sobie potem mienie pielgrzymów.

Rzeki były jednak również barierami nie do przebycia, jeśli nie było na nich mostu lub przeprawy promowej. Mosty były doskonałymi miejscami do pobierania cła (mimo papieskiego zakazu). Podczas przeprawy promowej pielgrzymi zdani byli wyłącznie na łaskę i niełaskę przewoźników. Na przewoźników długo się czekało, a potem uiszczało dużą kwotę za przewóz. Zdarzało się, że na środku rzeki rozhuśtywali prom, aby zawładnąć bagażem pielgrzymów (objętym ochrona przez Sobór Laterański I [1123]). Naute penitus dampnantur – jak mówi o nich Aimeric Picaud.


Przechodząc do drugiej grupy niebezpieczeństw, poza przewoźnikami, należało obawiać się również gospodarzy, oferujących posiłek i nocleg. Większość gospodarzy była dobra i porządna, ale ci, którzy byli nieuczciwi są łatwiejsi do zapamiętania, stąd o nich się mówi, a o pierwszych nie. Nie zwracali oni szczególnej uwagi na cel pielgrzymów, a chcieli zarobić jak najwięcej pieniędzy – m. in. dając gorsze jedzenie zamiast lepszego za taką samą cenę.


Chcieli oni uniemożliwić pielgrzymkę zarówno tę fizyczna jak i duchową. Dlatego też podrzucali do bagaży pielgrzymów cenne naczynia, o których kradzież później oskarżali. Pielgrzym zazwyczaj w takim wypadku kończył na szubienicy (cud z Santo Domingo de la Calzada – powieszony syn, żył wisząc 36 dni, po tym czasie wrócił z Composteli jego ojciec i razem wrócili do domu).

Chcąc religijnie zaszkodzić pielgrzymom gospodarze podsuwali im prostytutki. Znany jest przypadek pewnego młodzieńca, który idąc czwarty raz do Composteli, uległ tym razem pokusie. Ujrzawszy we śnie świętego Jakuba, w myśl jego wskazań obciął sobie przyrodzenie po czym zabił się. Podczas pogrzebu cudownym sposobem opowiedział czemu się zabił. Wtedy ukazał mu się prawdziwy święty Jakub. Wybaczył mu grzech uwierzenia szatanowi widzianemu we śnie i wskrzesił go, aby pielgrzym mógł skończyć swoją pielgrzymkę.


Niebezpieczeństwa otaczały pielgrzymów ze wszystkich stron. Pielgrzymka była naprawdę nie lada wyzwaniem. Wyruszając w drogę pielgrzym zdawał sobie sprawę z tego, że może nie wrócić, dlatego też (od XIV w. obowiązkowo) przed wyruszeniem spisywano testament, przystępowano do spowiedzi i komunii.



Potrzeba było więc silnej motywacji, żeby na taki krok się zdecydować. Do XIV w. były to, jak twierdzi Aleksandra Witkowska6, motywy religijne – błagalne, dziękczynne, dewocyjne. Ówczesna religijność – nastawiona na zewnętrzne formy – doskonale odnajdowała się w pielgrzymkach.

Zdobycie się na pokonywanie takich trudności połączone z narażaniem życia było możliwe (według mnie) tylko dla widocznej nagrody w niebie. Za pielgrzymkę przysługiwał odpust. Odwiedzanie grobów świętych prowadziło, jak wierzyli ówcześni, do zbliżenia się do Chrystusa, Jego Matki, świętych. Niektórzy pielgrzymi po dojściu do Composteli zostawali tam w oczekiwaniu na śmierć. Nie widzieli już sensu wracania do świata. Pielgrzymka była w pewnym sensie zamknięciem życia.



Kamila Wasilewska

1 Aimeric Picaud Przewodnik dla pielgrzymów do Composteli oprac. Jeanne Vielliard, Macon 1963

2 Pochodzenie Picauda nie jest pewne w 100%. Z racji uzycia przez niego w Przewodniku… sformułowania: nos gens galica zwykło uważać się go za Francuza.

3 Aimeric Picaud Przewodnik dla pielgrzymów do Composteli oprac. Jeanne Vielliard, Macon 1963, ch. VII s. 24

4 Za: Norbert Ohler Życie pielgrzymów w średniowieczu, Kraków 2000

5 (...) Hec sunt hospitalia in locis necessariis posita, loca sancta, domus Dei, refectio sanctorum peregrinorum, requies egentium, consolacio infirmorum, salus mortuorum, subsidium vivorum. (...)

Aimeric Picaud Przewodnik dla pielgrzymów do Composteli oprac. Jeanne Vielliard, Macon 1963, ch.VII s. 10


6 Aleksandra Witkowska Przemiany w ruchu pielgrzymkowym i praktyce odpustów w Kościele Zachodnim w XIV – XV wieku, w: Znak R. 23 1971


Czytaj dalej...

W Krakowie o podróżach

Na początku grudnia, w dniach 2 – 5.12, w Krakowie odbyła się VII Sesja Mediewistyczna pod hasłem „Podróże i podróżnicy w średniowieczu”. Studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego zaprosili na nią również UKSW. Organizatorzy nie zawiedli się – do Krakowa wybrała się Sekcja Mediewistyczna KNSH w pełnym składzie – Partycja Gago, Kamila Wasilewska, Bartłomiej Dźwigała, Tomasz Kowalski, Michał Rukat i Maksymilian Waszkiewicz.
Jagiellonka jak zwykle okazała się być bardzo gościnna. Nasi studenci zostali zakwaterowani w dwugwiazdkowym hotelu „Piast”. Warunki – w porównaniu do konferencji organizowanych przez inne ośrodki – były iście królewskie.


Inauguracja Sesji miała miejsce 2 grudnia o godzinie 15.00 w Collegium Witkowskiego. Uczestnicy zebrali się w auli im. ks. Józefa Tischnera. Przywitali ich Tomasz Pałgan – przewodniczący Sekcji Mediewistycznej UJ, oraz władze uczelni – opiekun Koła prof. dr hab. Krzysztof Baczkowski, dyrektor IH UJ dr hab. Stanisław A. Sroka, prof. UJ oraz prof. dr hab. Krzysztof Ożog, który wygłosił wykład inauguracyjny. Po tych formalnościach, krakowscy żacy zaprosili wszystkich na obiad do restauracji Chaczapuri, gdzie w luźniejszej atmosferze można było zapoznać się ze studentami z Gdańska, Kielc, Siedlec, Torunia i oczywiście – z samego Krakowa.
Kolejne dni upłynęły pod znakiem obrad. Od strony technicznej konferencja była przygotowana prawie perfekcyjnie. Zresztą – przy tak doborowym towarzystwie i w atmosferze krakowskiej Alma Mater, nie ma co narzekać na trochę za ciasną salę czy niedociągnięcia techniczne.
Uczestnicy przyjechali z całej Polski, zebrało się prawie 70 referentów oraz kilkanaście obserwatorów. Temat podróży został potraktowany bardzo swobodnie, a czasem sama „podróż” pojawiała się tylko... w tytule! Nie znaczy to że referaty były nudne – wprost przeciwnie! Tak szerokie spojrzenie na temat podróżowania sprawiło, że każdy z uczestników znalazł wśród referatów coś dla siebie.

„Lwią część” konferencji zajęły podróże wraz z wikingami – tu prym wiedli studenci
z Torunia i Krakowa. Podróż pod kątem teologicznym potraktowali za to goście z UW – nawiasem mówiąc: Kto by pomyślał?! Wiele referatów poświęconych było podróżom misyjnym, szlakom handlowym czy żegludze. Do najciekawszych można by zaliczyć: Motyw gwiazdy
w średniowiecznych opowieściach o Bożym Narodzeniu; Zen wśród samurajów; Bezpieczeństwo informacji "w podróży" czyli parę słów o kryptografii w średniowieczu; Koń w średniowiecznym państwie polskim; O tym co nieznane - asasyni w relacjach podróżników i kronikarzy przybywających do Ziemi Świętej w okresie krucjat, czy wreszcie referat naszej koleżanki, Kamili - Jak cało i zdrowo dojść do Compostelli, czyli o niebezpieczeństwach na pielgrzymim szlaku.
Jak widać, referaty traktowały o różnych problemach, motyw podróży został rozpatrzony chyba na wszystkie możliwe sposoby. W czasie obrad panowała wesoła atmosfera, a spory powstawały jedynie na polu naukowym. Całość, niezwykle skrupulatnie, za pomocą aparatów cyfrowych uwiecznili fotoreporterzy, którzy momentami dokonywali iście cyrkowych akrobacji by „złapać” jak najlepsze ujęcie.

Ekipa z UKSW spisała się świetnie – mimo że dla większości była to pierwsza tego typu konferencja. Bardziej doświadczeni koledzy – Bartek i Michał – służyli pomocą i radą, okazało się jednak, że nasi juniorzy radzą sobie lepiej niż niejeden weteran z innego Uniwersytetu.
Nie myśl Czytelniku, że na siedzeniu za stołem i rozprawianiu o butach Marco Polo zeszła cała Sesja – nic bardziej mylnego! Popołudniami odkładano na bok długopisy i plakietki, aby rozkoszować się urokami Krakowa. Nasi studenci przeszli gród Kraka wszerz i wzdłuż – odwiedzili opactwo benedyktynów w Tyńcu, opactwo cystersów w Mogile, podziwiali XI wieczne kościoły św. Wojciecha i św. Andrzeja. Zdobyli również Wawel – oddali hołd władcom Polski pochowanym w katedrze. Kraków zaskakiwał ich coraz to bardziej urokliwymi zakątkami, - a oni zaskoczyli Smoka Wawelskiego, któremu na widok reprezentantek UKSW żywy ogień z paszczy buchnął!
Czy warto było jechać? Oczywiście, że tak! Doświadczenia płynącego z udziału
w konferencjach naukowych nie da się przecenić. Nic tak nie rozwija historyka jak solidna dawka konstruktywnej krytyki! Ponadto, możliwość zwiedzenia jednego z najpiękniejszych miast w Polsce również powinna motywować do wyjazdu.

Poza tym wszystkim – na konferencji, tak jak nigdzie indziej można nawiązać kontakty
z innymi ośrodkami, poznać ciekawych ludzi i poszerzyć swoje horyzonty. Szczególnie dobre kontakty nasi studenci mieli z kolegami z Uniwersytetu Gdańskiego oraz Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Zostaliśmy też zaproszeni przez sąsiadów z UW na konferencję poświęconą świętym, zorganizowaną w 1000 rocznicę śmierci Brunona z Kwerfurtu.
Sekcja mediewistyczna UKSW z Krakowa, oprócz doświadczenia i pozytywnej energii, przywiozła więc również zachętę dla innych studentów do brania udziału w tego typu zjazdach!
Michał Rukat
Czytaj dalej...

12.01.2009

Konferencja Studentów Historyków Wojskowości - wieść z Poznania

Trud, a zarazem niebywały prestiż organizacji tegorocznej – już szóstej – Ogólnopolskiej Konferencji Studentów Historyków Wojskowości przyjął Instytut Historyczny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, uczelni z pięknego, historycznego miasta, które jak wkrótce miał zebranym uprzytomnić prof. Zbigniew Pilarczyk, jest związane z historią wojskowości od samych niemalże fundamentów. Konferencję rozpoczętą 21. listopada otworzył bowiem wykład tego szacownego znawcy fortyfikacji dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych dotyczący niezliczonych pruskich projektów mających na celu przebudowanie Poznania w nowoczesną i górującą nad okolicą twierdzę pierścieniową – szczytowe osiągnięcie inżynierii fortyfikacyjnej. Zgromadzone liczne grono referentów i słuchaczy, wśród których znajdowało się zaskakująco wiele osobistości uhonorowanych wysokimi stopniami naukowymi, z uwagą śledziło kolejne plany obronne, włączając w to również przepuszczenie koryta Warty przez środek miasta. Pruski pragmatyzm rzec by można.


Konferencja podzielona na pięć głównych grup tematycznych: starożytność, średniowiecze, nowożytność, wiek XIX. oraz XX. znalazła siłą rzeczy najwięcej reprezentantów wśród wielbicieli tego ostatniego okresu, co nie powinno dziwić ze względu na bezspornie najbogatszy bagaż doświadczeń wojny i rozmaitych sposobów przekonywania przeciwników jak wspaniałym zjawiskiem był pokój. Szanowni referenci (znalazło się między nimi aż dziewięciu, z naszego Instytutu Nauk Historycznych, nie licząc wolnych słuchaczy!) poruszyli wiele interesujących tematów. Niemożliwością było by przedstawić tu wszystkie, acz nie sposób pominąć Życia codziennego i niecodziennego marynarzy Flotylli Fote'a w pierwszym okresie działań na Missisipi Pani Barbary Powroźnik z Uniwersytetu Gdańskiego, która w obrazowy sposób przedstawiła wyzwania (głównie problem czym wypełnić żołądek oraz czas między wachtami) stojące przed marynarzami okresu Wojny Secesyjnej – generalnie załoga Gdańska dostarczyła najwięcej prac związanych z walką na morzu. Warto też wspomnieć referat Pana Wojciecha Witkowskiego Pociąg pancerny „Poersel” - legenda walk o Breslau 1945, a znany jest on (pociąg a nie referat) głównie z tego, że prawdopodobnie nigdy nie istniał, jak dowodził autor. To, co może uchodzić za kandydata do panopticum historii wojskowości, mianowicie Koncepcja Tretnera – defensywna broń atomowa znalazła opracowanie dzięki Panu Januszowi P. Szmytowi z Uniwersytetu w Białymstoku. Otóż jeśli odrzucić pierwsze oczywiste impresje po usłyszeniu terminu mina jądrowa, można uznać ten wynalazek za bardzo użyteczne narzędzie w skali taktycznej (sic!) czy też operacyjnej. Na wspomnienie zasługuje także referat, który zdobył szczególną admirację grona historyków skupionych w realiach średniowiecza, Proces technologiczny w produkcji wczesnośredniowiecznych głowni mieczowych Pana Pawła Kucypera z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, poruszający tę ani chybi ciekawą kwestię nie tylko z perspektywy badacza źródeł historycznych, ale również archeologa eksperymentalnego, który sam miał okazję borykać się z problemami rzemiosła wytwórców broni sprzed bez mała dziesięciu wieków.

Osobną część konferencji stanowiły grupy rekonstrukcyjne (czy też konstrukcyjne jak przypomniał nam za profesorem Topolskim reprezentant Stowarzyszenia „AUREA TEMPORA”, bowiem rekonstruować można by najwyżej oryginalne zabytki materialne, a na to należało by zyskać aprobatę odpowiednich władz nie słynących z entuzjazmu w wypożyczaniu zbiorów) pośród których znaleźli się panowie z S.R.H. „ODWACH” przedstawiający Wojsko Polskie z lat 1918-1945, doświadczeni w prezentacji umundurowania i uzbrojenia, a także w przyjmowaniu budzących respekt poz do zdjęć. Grupa „AUREA TEMPORA” przybliżyła zgromadzonych gości w czasy drużyny wczesnopiastowskiej, gdy za popularnym dowcipem najgroźniejszą bronią były widły, bo trzy dziury robiły. Powszechne wyobrażenie o walce ciężkiej, piastowskiej piechoty jako o widowiskowym pojedynku z zachowaniem zasad fechtunku musiało zostać zrewidowane po pokazie krótkiego, bezkrwawego starcia, ponieważ ani ówczesna broń, ani pancerze nie umożliwiały subtelnej szermierki, sama walka mieczem ograniczała się w najlepszym razie do celnego rąbania przeciwnika. Trzecią grupą, tym razem już nie rekonstrukcyjną, a par excellence wojskową był 10. batalion zmechanizowany Dragonów, w pełni już zawodowy i reprezentowany przez dowódcę płci pięknej. Typowym i właściwym wszystkim wojskowym lakonicznym językiem (i nie ważąc na popełnione w prezentacji komputerowej uchybienia ortograficzne) zademonstrowała ona jakie ma cele i jakich środków używa ta jednostka Wojska Polskiego. W ramach Konferencji odbyła się też wizyta w Muzeum Broni Pancernej (znakomita kolekcja czołgów, ale też „emerytowanych” limuzyn pancernych rządu) zwiedzanie Cytadeli poznańskiej i Starego Rynku miasta.

VI Ogólnopolska Konferencja Studentów Historyków Wojskowości to najważniejsze wydarzenie tego typu w roku i niepodobna pozwolić, by umknęło ono pozostającemu w tym kręgu zainteresowań studentowi czy też doktorantowi, bowiem to właśnie w krzyżowym ogniu pytań i pozornie niosącej śmierć i zniszczenie krytyce rodzi się prawdziwa nauka. Konferencja w Poznaniu należycie spełniła swoją funkcję dostarczając możliwości przedstawienia swoich tez przed kulturalną i obeznaną publiką, za co też wielkie uznanie należy się organizatorom, kolegom i koleżankom z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Piotr Gołąb
Czytaj dalej...

Unia Hadziacka

W 350. rocznicę przypomnijmy to bezprecedensowe wydarzenie, jakim niewątpliwie było zawarcie Unii Hadziackiej. Mimo, iż postanowienia hadziackie nigdy nie weszły w życie warto przyjrzeć się bliżej niezwykłemu momentowi polsko-kozackiej historii.


Po ugodzie perejasławskiej (1654 r.) wojska moskiewskie wkroczyły na Ukrainę upomnieć się o ziemie, które na mocy owej ugody oddał „pod opiekę” carowi Bohdan Chmielnicki. Rzeczpospolita znalazła się w wyjątkowo trudnej sytuacji, w roku 1655 na terenie całego kraju grasowały obce wojska. Korona zalana była potopem szwedzkim, Litwa rosyjskim, a Ukraina nadal płonęła ogniem walk powstania kozackiego. Gdy Karol Gustaw zaabsorbowany walkami w Rzeszy Niemieckiej odszedł na północ, umożliwił jednocześnie Polakom odzyskanie inicjatywy strategicznej w walkach o wyzwolenie ziem koronnych, ale również położył kres nadziejom części szlachty na wspólną walkę z Moskwą. Gdy w styczniu 1657 roku ks. siedmiogrodzki Jerzy Rakoczy, najechał Rzeczpospolitą ze swoją węgiersko-kozacko-wołoską zbieraniną, część szlachty, widząc w nim osobę mogącą zdobyć tron Polski i zapewnić spokój jej mieszkańcom, początkowo udzieliła mu poparcia. Rzezie i grabieże znaczące ślad marszu armii siedmiogrodzkiej szybko pozbawiły potencjalnych stronników złudzeń. W 3 lata po ugodzie perejasławskiej, oznaczającej ścisły sojusz Ukrainy z Moskwą, starszyzna kozacka zaczęła dostrzegać, co w praktyce oznacza „opieka” wojska moskiewskiego. Latem 1657 r. Szwedzi zostali niemal całkowicie usunięci z Korony, Rakoczy w lipcu skapitulował pod Międzybożem, Moskwa oszukiwana niedorzecznymi obietnicami, chwilowo nie była agresywna. Orientacja propolska w łonie kozaczyzny, zawsze mająca silne oparcie w części starszyzny kozackiej i szlachty ruskiej, po śmierci Chmielnickiego (sierpień 1657 r.) mogła już jawnie zgłaszać swoje postulaty.
Hetmanem zaporoskim został obwołany Iwan Wyhowski, skozaczony szlachcic ukraiński, wcześniejszy pisarz w kancelarii dyplomatycznej Chmielnickiego. Sprawował władzę jednak tylko w zastępstwie Jerzego Chmielnickiego, którego wybór zdołał przed śmiercią przeprowadzić ojciec Bohdan. Nowy hetman był jedną z tych osób, które dostrzegały konieczność bliższego związku z Rzeczpospolitą i w tym upatrywał jedyną możliwość ratunku suwerenności Ukrainy. Jerzy Niemirycz, podkomorzy kijowski, został najbliższym współpracownikiem nowego hetmana. 6 października 1657 roku, chcąc zapewnić względną stabilizację, Wyhowski i Niemirycz zawarli sojusz ze Szwecją w Korsuniu, jednak ze względu na rychłe wycofanie się wojsk szwedzkich z Rzeczpospolitej pakt ten okazał się być jedynie efemerydą.
Dwór królewski już od czasów ugody zborowskiej dążył do ułożenia stosunków z Kozaczyzną na zasadach współistnienia, nie odmawiając Ukrainie szerokiej autonomii w ramach Rzeczpospolitej. Jan Kazimierz wraz z małżonką Ludwiką Marią byli zawsze za przyznaniem Kozakom szerokich przywilejów, w zamian co oczywiste oczekując lojalności i wierności względem władcy i kraju. Plany te nie mogły być zrealizowane z powodu postawy Sejmu, który konsekwentnie sprzeciwiał się wszelkim kompromisom z kozactwem. W listopadzie 1657 r. na Zadnieprzu ma miejsce wystąpienie promoskiewsko nastawionej części Kozaków pod wodza Martyna Puszkara, który zresztą w zamian dla siebie oczekiwał buławy hetmańskiej. Po początkowych sukcesach zostali oni zgnieceni z pomocą Ordy przez Wyhowskiego pod Połtawą w czerwcu 1658 r.. Dzięki zwycięstwu i ujarzmieniu tradycyjnie bliższego Moskwie Zadnieprza, Iwan Wyhowski zyskał pewną swobodę działania, którą postanowił wykorzystać na realizację swoich śmiałych zamierzeń. Już wtedy w umysłach starszyzny kozackiej zrodził się pomysł, który zyskał wkrótce konkretny kształt i wygląd. Marzeniem części szlachty ruskiej było istnienie kozaczyzny jako równoprawnego członu Rzeczpospolitej. Idea państwa kozackiego pozostającego w nierozerwalnym związku z Koroną i Litwą była celem do którego dążyła zarówno starszyzna kozacka, jak i społeczność szlachty ruskiej i wreszcie dwór królewski. Gdy marzy jeden człowiek, jego marzenie jest snem. Gdy wspólne marzenia mają całe narody czy społeczności, sny stają się rzeczywistością.
Sejm walny obradujący od 10 lipca do 30 sierpnia 1658 roku nadał szerokie pełnomocnictwa Kazimierzowi Bieniewskiemu, który jako poseł Jana Kazimierza na sicz, miał negocjować warunki nowej ugody polsko-kozackiej. Opinia szlachecka powoli stawała się przychylna idei unii z Ukrainą.
Sierpień i wrzesień 1658 r. były miesiącami kiedy w toku negocjacji rozstrzygał się kształt przyszłej unii. 16 września 1658 w Hadziaczu poseł króla Bieniewski i starszyzna kozacka ostatecznie ustaliła warunki unii Rzeczypospolitej z Kozakami. Na mocy tego dokumentu, którego ojcem ideowym i architektem był Jerzy Niemirycz, stworzono z terenów obejmujących województwa kijowskie, czernichowskie i bracławskie Wielkie Księstwo Ruskie wchodzące jako trzeci, obok Polski i Litwy, równoprawny element składowy Rzeczpospolitej Trojga Narodów. Księstwo Ruskie miało być rządzone przez hetmana ruskiego wybieranego przez króla spośród czterech przedstawionych przez stany ukraińskie kandydatów. Księstwo Ruskie miało posiadać własne, oddzielne wojsko, administrację, urzędy (zastrzeżone wyłącznie dla prawosławnych), skarbowość, trybunał i szkolnictwo, ponadto własną mennicę i podatki. Najwyższe urzędy i najwyżsi dygnitarze prawosławni mieli mieć wstęp do senatu, zaś Hetmanowi ruskiemu podlegało by wojsko 30 tys. Kozaków i 10 tys. żołnierzy zaciężnych, które miało być gwarantem władzy hetmańskiej i swoistym stabilizatorem na Ukrainie. Religia prawosławna na mocy paktów hadziackich otrzymała pozycję panująca w Księstwie, innym gwarantowano tolerancję. Przewidziano również utworzenie dwóch Akademii na terenie Księstwa, jednej w Kijowie, drugiej w bliżej jeszcze nieokreślonym mieście na Zadnieprzu. Miało dokonać się włączenie w poczet szlachty po 100 rodzin z każdego pułku kozackiego, szlachcie polskiej gwarantowano bezpieczny powrót do swych dawnych majątków na Kresach. Wspólny dla Korony Polskiej, Wielkiego Księstwa Litewskiego i Wielkiego Księstwa Ruskiego miał być król, sejm oraz polityka zagraniczna. Szlachta kijowska z entuzjazmem przyjęła ustalenie ugody o takiej treści, po ostatecznym ustaleniu postanowień ugody do Polski wyruszyło poselstwo, z Jerzym Niemiryczem przewidzianym na kanclerza Księstwa Ruskiego na czele.
Sejm obradujący od marca 1659 r. przyjął z małymi poprawkami treść Unii Hadziackiej. Została ona zaprzysiężona oficjalnie przez Sejm, Senat i Króla 12 maja 1659 roku.
Moskwa nie mogła biernie zaakceptować takiego stanu rzeczy. Na wieść o zawarciu unii polsko-kozackiej na teren Ukrainy wkroczyła armia Aleksego Trubeckiego z zamiarem opanowania tych terenów w oparciu o masy plebsu i czerni kozackiej, które co zrozumiałe, unii od początku były niechętne. 18 lipca 1659 r. w bitwie pod Konotopem wojsko koronne wraz z Kozakami i Tatarami pokonało siły moskiewskie. Jednak mimo zwycięstwa lud ukraiński był nieprzejednany, nie mógł zaakceptować uszlachcenia część Kozaków i powrotu dawnych „wyzyskiwaczy” do swych majątków. Wybuchły zamieszki, po kolei posłuszeństwa odmawiały kolejne pułki kozackie.
Pod naciskiem Moskwy i części Kozaków Iwan Wyhowski we wrześniu złożył buławę hetmańską.
17 października Jerzy Chmielnicki w Perejasławiu po raz kolejny oddał Ukrainę pod opiekę Moskwy.
Bartłomiej Dźwigała



Czytaj dalej...

11.01.2009

Rzecz o greckich Trierach

Bitwy morskie towarzyszą wojnie od samej starożytności, a już wtedy losy całych kampanii wojskowych mogły zależeć od jednego starcia na morzu. Tak było np. z Wojnami Perskimi. Grecy pokonali wielką armię Kserksesa dzięki zwycięstwu pod Salaminą, a Persowie mogli tę wojnę wygrać tylko z udziałem floty. Przyczyn było wiele, ale najważniejsza jest aktualna do dziś w historii operacji wojskowych – aprowizacja.

Cała ogromna armia Kserksesa, którą Herodot liczył w milionach, a współcześni historycy odpowiednio w dziesiątkach tysięcy musiała być zaopatrywana w żywność. Zadanie wykarmienia armii, w ograniczonej mierze spoczywało na sprzyjających Persom greckich miastach, które znajdowały się na trasie przemarszu wojsk, jednak podstawowym źródłem zaopatrzenia były okręty. Perskiej flocie, jak pisze Herodot, towarzyszyło trzy tysiące pentekonter (pięćdziesięciowiosłowców) wyładowanych między innymi pszenicą. Statki te mogły na bieżąco dowozić wojsku perskiemu żywność szybciej niż transport lądowy, a także w większych ilościach (pamiętajmy o trudnościach jakie w tamtych czasach napotykał transport lądowy). Musiał być spełniony tylko jeden warunek: flota perska musiałaby mieć przewagę, jeśli nie całkowite panowanie na morzu. Po rozbiciu perskiej armady i zmuszeniu jej do wycofania się, Grecy zdobyli inicjatywę strategiczną na morzu, dzięki czemu mogli nie tylko przerwać morską linię zaopatrzeniową wroga, ale również lądową (tzn. zerwać mosty przerzucone przez Hellespont).

Zagrożenie uwięzienia na terenie Grecji, oraz widmo głodu były decydującymi czynnikami, które skłoniły Kserksesa do szybkiego wycofania się wraz z większą częścią armii z powrotem do Persji.

Zajmijmy się teraz głównymi aktorami tych morskich zmagań, czyli właśnie okrętami.

Przez cały okres antyku, były one względnie długie a ich główną siłą napędową były wiosła. Pierwsze statki tego typu miały dwadzieścia wioseł1(850-700 r. p.n.e.) i obity żelazem taran na dziobie. Szybko jednak przeszły ewolucję, w celu zwiększenia wielkości, a także szybkości, w wyniku której przedłużano rząd wioseł do praktycznej granicy wielkości okrętu mającego jeden ich poziom. Powstały pentekontery czyli pięćdziesięciowiosłowce. W czasie wojen perskich były używane już głównie jako statki transportowe2, a niektóre mniej zamożne miasta dostarczyły flocie sprzymierzonych właśnie pentekonter.3 Gdy osiągnięto praktyczną granicę długości, sposobem na zwiększenie napędu było usadowienie wioślarzy na kilku poziomach.4 Tak powstała grecka triera, czyli trójrzędowiec.

Współczesna wiedza na temat tych statków opiera się na wielu źródłach, w tym monetach i wazach (gdy chodzi o wygląd ogólny), wykopaliskach doków, w których cumowały takie jednostki (gdy chodzi o wymiary) i zachowanych zapiskach (w przypadku liczby wioślarzy czy koloru – używano wielkich ilości czerwonej ochry, w celu ozdobienia trier). Tak więc typowy okręt tego rodzaju miał długość ok. 31-38 metrów, a szeroki był na 3-4 metry. Zanurzenie przy tym stanowiło ok. 1 metra. Były to więc jednostki niestabilne przy bocznej fali, zwłaszcza ze względu na płaski kadłub, który był potrzebny aby umożliwić wciąganie triery na brzeg.5 Załoga stanowiła ok. 200 ludzi, w tym 170 wioślarzy (62 górny pokład tzw. thranite, 54 środkowy czyli zygite oraz 54 dolny zwani thalamite) oraz do 30 hoplitów6, zaś attyckie triery zaopatrzone były w czterech łuczników wspomaganych przez kilkunastu hoplitów.7 Do tego dochodziła załoga pokładowa w liczbie piętnastu ludzi, z flecistą oraz podającym tempo. Całością dowodził trierarch. Parablemata – skórzane ekrany – służyły do ochrony wiosłujących przed pociskami i oszczepami.

Ze względu na liczebność załogi oraz niewielką ilość miejsca triery na noc przybijały do brzegu, w celu zaopatrzenia w wodę i żywność, przy czym dzięki niewielkiemu zanurzeniu najczęściej po prostu wciągano je na plażę. Tak samo postępowano w trakcie burzy, mając na względzie dużą niestabilność owych statków.

Podczas Wojen Perskich miało to istotne znaczenie, ponieważ w momencie gdy ogromną flotę Persów przebywającą w okolicy Magnezji zastała burza, duża część statków nie mogła zostać wciągnięta na brzeg przez brak miejsca. W efekcie Persowie stracili ok. 400 okrętów.

Wioślarzami na greckich trierach nie byli niewolnicy, ale dobrze wyszkoleni zawodowcy, rekrutowani z niższych warstw społeczeństwa. Wynikało to z faktu, iż głównym sposobem walki było łamanie wioseł lub taranowanie (często po kolei), więc zwrotny statek ze zgraną załogą miał oczywistą przewagę nad takim, którego załogę stanowili nieobeznani z morzem niewolnicy. Przy taranowaniu stosowano dwa sposoby walki; diekplus i periplus. Periplus polegało na rozciągnięciu wszerz własnej linii okrętów, aby móc oskrzydlić przeciwnika. Właściwie idea tego manewru polegała na ataku na burtę przeciwnika i to on właśnie został zastosowany pod Salaminą, z tą różnicą, że okręty oskrzydlające (Egineci) były ukryte w cieśninie między Psyttaleją a Attyką8. Diekplus było bardziej złożone i wymagało większych umiejętności od wioślarzy. Statki atakowały wtedy flotę przeciwnika w kolumnie, prowadząca triera szybkim manewrem łamała wiosła, umożliwiając następnym trierom taranowanie unieruchomionych statków, sama zaś przebijała się na tyły wrogiej floty.


Taktycznym przeciwdziałaniem było ustawienie floty w dwóch lub więcej liniach, co czyniło diekplus niemalże samobójstwem, ale z drugiej strony skracało szerokość linii okrętów a to narażało z kolei na periplus. Specjaliści od historii floty nie są jednak zgodni co do szczegółowej rekonstrukcji diekplus. Powyższa propozycja jest autorstwa J. S. Morrisona9 , wybitnego specjalisty od historii żeglugi, dlatego wydaje mi się bardziej prawdopodobna (tłumaczy też przebieg wielu antycznych bitew morskich), natomiast funkcjonuje jeszcze inna teoria mówiąca, że okręty wykonujące diekplus, stawały w szyku czołowym i ruszały jednocześnie z dużą prędkością, starając się przebić przez linie przeciwnika, łamiąc jego trierom wiosła. Za linią dokonywały zwrotu i atakowały częściowo unieruchomione już jednostki. Bezsporne natomiast jest to, że na wykonanie diekplus mogła sobie pozwolić jedynie szybka i dobrze wyszkolona flota. Istniała jeszcze trzecia taktyka, typowo obronna, stosowana przez mniejsze lub wolniejsze floty, czyli kyklos. Polegała na uformowaniu z okrętów koła z taranami skierowanymi na zewnątrz. Zastosowali ją Grecy w bitwie morskiej pod Artemizjon10. Oprócz taranowania stosowano także abordaż, co wymagało jednak większej ilości żołnierzy na pokładzie.

Później, za czasów rzymskich klasyczny navis longa przeszedł dalszą ewolucję, a pomysłowi Rzymianie wynaleźli nowe sposoby walki – ale to już inna historia.


Maksymilian Waszkiewicz

1 Benedetto Bravo, Ewa Wipszycka, Historia Starożytnych Greków, PWN, Tom I, Warszawa, 1988 s. 259

2 Herodot, Dzieje, wyd. Czytelnik, Warszawa, 2002, VII. 95 s. 407

3 Herodot, op. cit., VIII. 1 s. 454 i 46 s.466

4 John Warry, Armie Świata Antycznego, wyd. 69, Warszawa, 1995, s 19

5 Benedetto Bravo, Ewa Wipszycka, op. cit., s. 262

6 John Warry, op. cit., s. 30

7 Plutarch, Żywoty Sławnych Mężów, Zakład Narodowy imienia Ossolińskich, Wrocław, 1953 wyd. III, s.28

8 Herodot, op. cit., VIII. 91 s. 479

9 Benedetto Bravo, Ewa Wipszycka, op. cit., s. 263

10 Herodot, op. cit., VIII. 11 s. 457

Czytaj dalej...

Parę słów o dnieprowych porohach




W swoim dziele De administrantibus imperio, cesarz Konstantynopola Konstantyn Porfirogeneta opisał podróż Rusów z Nowogrodu nad Morze Czarne. Najciekawszym etapem tej drogi jest spław Dnieprem. Opisowi tej właśnie rzeki cesarz poświęca najwięcej miejsca, w barwnych słowach opowiada o trudach i niebezpieczeństwach z jakimi zmierzyć musieli się Rusowie, aby dotrzeć do upragnionego Złotego Rogu – bizantyńskiego portu. Co tak przyciągało uwagę Porfirogenety, że postanowił przekazać to swoim następcom?

Zapewne podziwiał odwagę i zręczność kupców, którzy aby dostać się na bizantyński rynek, przebyć musieli porohy na Dnieprze. Czym są te niesławne porohy? Są to skały wystające znad powierzchni wody, uniemożliwiające żeglugę. Tego typu przeszkody są nie lada wyzwaniem nawet dla dzisiejszych kajakarzy – co dopiero dla średniowiecznych kupców! Nie mieli oni na wyposażeniu kajaków czy kapoków, a jedynie wydłubany z jednego pnia drzewa monoksyl, popularnie zwany dłubanką lub jednodrewką. Rusowie nabywali te małe i zwrotne łódeczki w Kijowie od Słowian, wyposażeni w nie, ruszali w dół rzeki.

Pierwszy próg z jakim przychodziło się im zmierzyć, nosił skandynawską nazwę Essupi, czyli „nie śpij”. Płynący musieli wysiąść z łodzi i prowadzić je tuż przy brzegu, trzymając burty rękami, stąpając ostrożnie bosymi stopami po śliskich kamieniach. Reszta pasażerów szła brzegiem, uważnie wypatrując ewentualnej zasadzki.

W ten sposób pokonywali też następne porohy - Ulvorsi, czyli „wsypę zaporową” oraz Gelandri, czyli „szum zaporowy”. Następnie dopływali do porohu o nazwie Aeifor, lub po słowiańsku Neasit, czyli „ciągle burzliwy”. Tam też według Porfirogenety miały na skałach gniazda pelikany! Teren stawał się niebezpieczny, łodzie przybijały do brzegu. Część załogi – wojowie – wychodziła na ląd i penetrowała teren w obawie przed atakiem Pieczyngów. Pozostali zaś w pośpiechu przewlekali swoje łodzie – jedni na plecach, inni ciągnąc za sobą po ziemi. Niewolników zaś, związawszy, prowadzili między sobą. Po przejściu 6 mil rzucali łodzie na wodę i zaczekawszy na straż, płynęli dalej.

Przeprawiwszy się przez piątą z kolei przeszkodę Varuforos, lub słowiańskie Vulniprah, dopływali do wielkiego stawu. Stamtąd droga wiodła aż do progu Leanti, słowiańskie Verutzi, co znaczy „wrząca woda”. W tym odcinku rzeka stawała się już spokojniejsza, zmniejszają się wiry a skały wystające znad powierzchni wody nie były już groźne dla łodzi. Ostatni poroh, zwany Strukun, czy też po słowiańsku Naprezi, oznacza po prostu „mała zapora”.

Przeprawiwszy się przez siedem porochów, kupcy i ich towary nie były jednak jeszcze bezpieczne. Pokonali wprawdzie żywioł natury, przed nimi jednak, o wiele niebezpieczniejszy – żywioł ludzki. Rejony o których mowa należały w X wieku do Pieczyngów – ludu dzikiego i rządnego łupów. Pieczyngowie często byli za słabi by uderzać na Ruś czy Bułgarię, mieli jednak wystarczająco sił, by złupić kilka wypraw kupieckich.

Sprzyjało im ukształtowanie terenu; oto po porohach korytu rzeki schodziło się, tworząc bród, zwany brodem Krarion. Z jednego brzegu na drugi można było strzelać z łuku – idealne miejsce na zasadzkę! Tam właśnie często dochodziło do starć pomiędzy Rusami a Pieczyngami. Często Ruskich książąt gubiła własna pycha, tak stało się np. z księciem Światosławem, który wracał tą drogą w 972 roku. Przestrzegany przez wszystkich, zlekceważył ostrzeżenia i ruszył w drogę, która jak się później okazało – była jego ostatnią, książę zginął bowiem w walce z Pieczyngami, stając się przestrogą dla tych, którzy zbyt pewni we własny siły będą przekraczać bród Krarion.

Po przeprawieniu się przez bród, dopływali Rusowie do wyspy św. Grzegorza. Tam składali ofiary bogom, dziękując za bezpieczną drogę i prosząc o powrót do domu. Jak wyglądały te ofiary? Jak podaje Porfirogeneta, główną rolę odgrywał tu... kogut. Rusowie rzucali losy o to czy zostawić zwierzę przy życiu, oddać jako ofiarę bogom czy zwyczajnie zjeść.

Następnym przystankiem na drodze kupców do Bizancjum byłą wyspa św. Aitheriusza. Tam Rusowie przygotowywali swoje statki do żeglugi morskiej. Rozpoczynał się kolejny etap ich podróży, ale to już temat na całkiem inny artykuł. . .

Michał Rukat
Czytaj dalej...

Konferencja „Zagłada Starego Porządku”

W dniach 23 – 24 października 2008 odbyła się ogólnopolska konferencja zatytułowana „Zagłada Starego Porządku”, zorganizowana przez Koło Naukowe studentów Akademii Humanistycznej w Pułtusku, dotycząca dziejów I Wojny Światowej. Okazją była 90. rocznica zakończenia „Wielkiej Wojny” – wydarzenia przełomowego, którego konsekwencje odczuwamy po dziś dzień. Chęć uczestnictwa zgłosili studenci z ośrodków z całej Polski, między innymi z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Warszawskiego, Łódzkiego, także z Olsztyna, Kielc czy Piotrkowa Trybunalskiego.


W tej ciekawie zapowiadającej się konferencji postanowili wziąć udział także studenci naszego Instytutu. Szumne plany dotyczące dość sporej liczby uczestników z naszej strony sprawdziły się w praktyce. Do Pułtuska pojechało aż sześciu studentów z Koła Naukowego Studentów Historii UKSW.
Obrady odbywały się - co jest standardowe przy mniejszych konferencjach - nie
w równoległych sekcjach, ale w taki sposób, by każdy uczestnik mógł wysłuchać wszystkich referatów, przez co okazji do uczestnictwa w dyskusji nie brakowało. Tak się złożyło, że wszyscy studenci z Koła Naukowego UKSW mieli zaplanowane wystąpienia pierwszego dnia obrad (tj. w czwartek, 23 X). Co ciekawe, w szczególności militarny aspekt I Wojny Światowej cieszył się zainteresowaniem naszych studentów.
Po pierwszym dniu obrad organizatorzy zadbali o to, aby w nieco luźniejszej atmosferze wymienić spostrzeżenia i komentarze, wieczorne spotkanie stało się dla wielu okazją do zawarcia nowych „międzyuczelnianych” znajomości, które z całą pewnością zaprocentują w przyszłości.
Należy podkreślić, iż mimo małego doświadczenia w organizowaniu takich wydarzeń, studenci Akademii Humanistycznej zapewnili bardzo dobre warunki, zarówno obrad jak i noclegu.

Studenci Instytutu Historii UKSW biorący udział w konferencji upamiętniającej 90 – lecie zakończenia I wojny światowej (23-24 X 2008 w Pułtusku):
Edgar Sukiennik – „Episkopat polski w okresie I wojny światowej i jego rola w procesie scalania społeczeństwa z trzech zaborów”
Fryderyk Rozen – „Dyplomacja Stolicy Apostolskiej wobec I wojny światowej”
Piotr Gołąb – „Dreadnought – nowy pan mórz. Rola pionierskiego typu pancernika w I wojnie światowej.”
Grzegorz Michalak – „Manfred von Richthofen – legenda czerwonego barona”
Maciej Żuczkowski – „Przemarsz IV szwadronu, III Pułku Ułanów z Odessy do Bobrujska”
Bartłomiej Dźwigała – „Ofensywa Brusiłowa w 1916 roku. Znaczenie dla rozwoju sytuacji militarnej i politycznej I wojny światowej.”

Bartłomiej Dźwigała

Czytaj dalej...

9.01.2009

Ciśnienie światła? O radiometrze w wybranych publikacjach popularnonaukowych prasy anglojęzycznej.

Światło jako siła napędowa – prof. William Crookes obwieścił odkrycie, iż promieniowanie świetlne może samodzielnie powodować ruch oraz przedstawił przyrząd umożliwiający udowodnienie tego. Crookes nazwał ów instrument radiometrem, bowiem prędkość jego obrotu zależy od intensywności światła. Składa się z poziomego krzyża luźno zamocowanego na pionowej osi, zaś końcówki ramion to czarne z jednej i białe z drugiej strony powierzchnie. Całość jest zamknięta pod szklanym kloszem, spod którego zostało wypompowane powietrze dla ograniczenia oporu ruchu i wykluczenia wpływu gazu na działanie przyrządu. Krzyż obraca się powoli, tylko wyeksponowany bezpośrednio na światło słoneczne zaczyna obracać się szybko, trzy lub cztery obroty na sekundę, świeczka w odległości 5 cali powoduje najwyżej 5 obrotów na minutę, dwie świeczki 12 obrotów, 4 - 20 obrotów, 8 – 40 obrotów, także liczba obrotów rośnie niemal proporcjonalnie do siły światła.

1

William Crookes (1832-1919) był angielskim badaczem, płodnym naukowo (i nie tylko, doczekał się dziesięciorga dzieci) samoukiem-eksperymentatorem, któremu odkrycie talu, nowego pierwiastka przyniosło znaczny naukowy prestiż. Starając się poznać dokładnie ciężar atomowy talu stosował pomiary w próżni, co przywiodło go do hipotezy związku między ciepłem a grawitacją. Crookes w 1875 r. skonstruował radiometr ukazujący według jego interpretacji siłę ciśnienia światła.

Odkrycie Crookes’a żywo zainteresowało badaczy i skłoniło ich do podjęcia próby wyjaśnienia zasady działania radiometru. Ponad wszelką wątpliwość istniała jakaś zależność między siłą światła i prędkością rotacji ramion krzyża w instrumencie, jednak wyjaśnienie Crookes’a iż ruch powoduje promieniowanie świetlne zaabsorbowane przez ciemną i odbite przez jasną stronę ramion nie zyskało aprobaty większości badaczy. Serie eksperymentów wykazały, że siła, która popycha łopatki radiometru musi mieć związek z ciepłem wytwarzanym na ich ciemnej stronie oraz bardzo rozrzedzonym powietrzem we wnętrzu urządzenia. Niektórzy sugerowali, że osiągnięcie całkowicie suchej próżni jest niemożliwe, więc to woda ewaporująca z powierzchni łopatek pod wpływem światła daje im siłę do obrotu.

Wydawało się pewne, że ruch radiometru wywołany jest raczej przez ciepło, a nie światło, ale do tego potrzebowano większej ilości doświadczeń. Próba Washmana z Genewy wykazała, że radiometr Crookes’a nie porusza się po kontakcie z wodą o temperaturze 140°F [60°C]. Jeden z eksperymentów został wykonany również przez samego Crookes’a, wystawił on łopatki instrumentu na działanie rozszczepionego przez pryzmat światła z różnych zakresów widma, oto wyniki:



Ultrafiolet ...........................

Fiolet ........................

Indygo ...........................

Niebieski ...........................

Zielony ..........................

Żółty ........................

Pomarańczowy.......................

Czerwony .............................

Podczerwony..........................

Niewidzialne

poza podczerwienią..................

5 obrotów

6

8,5

22

41

57

66

73

85



1002



Z tych danych badacze wywnioskowali, że nie jasność światła, ale jego temperatura zadecydowały o ruchu łopatek, co było w zasadzie poprawnym wnioskiem z błędnych założeń. W 1877 r., tzn. gdy wydano artykuł w Manufacturer and Builder o radiometrze Crookes’a nie znane były w pełni właściwości fizyczne światła a praca Jamesa Clerka Maxwella o falach elektromagnetycznych nie uzyskała jeszcze eksperymentalnego potwierdzenia. Nie można było w takiej sytuacji lekceważyć również teorii kontaktowych światła; np. zmagazynowania światła na zasadzie fosforescencji, co pozwalało obracać się ramionom radiometru w przeciwną stronę po zakryciu źródła promieniowania.

Ostatecznie wykluczono możliwość, by to ciśnienie światła poruszało radiometrem, nie był to jednakże koniec tego instrumentu, ponieważ jeszcze przed wyjaśnieniem zasady jego działania wskazywano na możliwość zastosowania go w fotografii i meteorologii, co więcej do dziś pozostaje standardowym wyposażeniem laboratorium fizycznego.

Siłą odpowiedzialną za tajemniczy ruch łopatek radiometru okazał się tzw. efekt radiometryczny, wywołany zderzeniami cząstek gazu, które z oświetlonej strony płytki miały większe pędy (innymi słowy gaz miał większą temperaturę) i przekazywały swoją energię płytce, popychając ją.



Nie popchnęło to bynajmniej badań nad samym światłem, okazując się ślepym zaułkiem nauki. Jej postęp może jawić się dla współczesnego obserwatora jako nieuchronny proces prowadzący do stanu maksymalnej wiedzy, ale w rzeczywistości to raczej błądzenie po omacku całej rzeszy badaczy takich jak William Crookes, którym zdarzało się odkrywać co prawdą na pewno nie jest.



Piotr Gołąb


Źródła:



[autor nieustalony], Light as a Motive Power, Manufacturer and builder, Volume 7, Issue 9, New York, September 1875, s. 207.



[autor nieustalony], Crooke's Mil, Manufacturer and builder, Volume 9, Issue 10, New York,

October 1877, s. 229.



[autor nieustalony], Light as a Motive Power, Grey River Argus, Volume XVI, Issue 2194, 20 August 1875, s. 2.

Wróblewski A. K., Historia Fizyki, Warszawa 2007.

1 [autor nieznany], Light as a Motive Power, Manufacturer and builder, Volume 7, Issue 9, September 1875, s. 207, tłumaczenie własne.

Autor tej krótkiej notatki pozostaje nieznany, jednak możemy spekulować, że jest to porucznik Robert Henry Armit, który tego samego roku wydaje Light as a Motive Power, series of a Meteorological Essays.

2 [autor nieustalony], Crooke's Mil, Manufacturer and builder, Volume 9, Issue 10, New York, October 1877, s. 229.





Czytaj dalej...